Powrót

Po śniadaniu nastąpiło wymeldowanie z hotelu. Pogoda była identyczna z wczorajszą: poranek pochmurny, miejscowo z mgłą z tendencją do rozpogadzania się. Poszliśmy jeszcze pożegnać sie z Atlantykiem.






Udaliśmy się jeszcze z wizytą do miejscowego, jedynego tu i w promieniu 120 km katolickiego skromnego parafialnego kościółka pw. Św. Anny którego proboszczem jest polski ksiądz.





Jak widać, koty też lubią tu przychodzić do kościoła


W skromnym wystroju kościółka uwagę przykuwała rzeźba przedstawiająca św. Annę i Matkę Bożą oraz obraz Notre Dame du Maroc.



Przykościelny parkan porastało kwiecie.


Udaliśmy się w drogę powrotną do Marrakeszu, skąd mieliśmy odlatywać. Przejechaliśmy przez góry Atlasu Wysokiego, zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę na stacji benzynowej (zrobiło się znów gorąco),


po czym przybyliśmy na lotnisko w Marrakeszu.

Budynek lotniska wyposażony był w tak zaprojektowane luksfery, że sprawiało to wrażenie, iż ściana budynku pokryta jest świetlną koronką.



Na lotnisku dowiedzieliśmy się, że nasz lot jest opóźniony ok. 1 godziny. I wtedy jeszcze nie spodziewaliśmy się, jakie to będzie miało konsekwencje.

Wsiedliśmy do samolotu znanych nam już linii Discover, by udać się do Frankfurtu, by tam przesiąść się na samolot do Krakowa.



Wzbiwszy się w powietrze obserwowaliśmy Marrakesz z lotu ptaka.


Potem były szachownice pół uprawnych wtopione w pustynne piaski.



Dolecieliśmy do wybrzeża Atlantyku wzdłuż którego podążaliśmy.


Mijaliśmy stolicę Maroka - Rabat, z charakterystyczną , najwyższą w Afryce budowlą.


Potem przelatywaliśmy nad Cieśniną Gibraltarską.


I zrobiło się ciemno. O zmroku więc przylecieliśmy do Frankfurtu.

Po wylądowaniu na lotnisku we Frankfurcie, przypuściliśmy bieg do bramki w Terminalu A, by zdążyć na samolot do Krakowa. Lotnisko dziwnie było jakieś puste. Gdy dobiegliśmy do punktu kontroli bezpieczeństwa Terminala A, okazało się że jest nieczynny. Żywego ducha. Nie ma kogo by zapytać się. Wreszcie jakiś pracownik lotniska polecił nam, by do Terminalu A dostać się przez Terminal B. Znowu bieg. By dostać się do Terminala B - drobiazgowa kontrola bezpieczeństwa. A czas ucieka. Gdy wreszcie pokonaliśmy te przeszkodę, okazało się że na daremno, bo samolot już odleciał nie czekając na dużą grupę pasażerów. Poinformowano nas, że lotnisko zaraz zamykają i samolot musiał odlecieć. Co robić? Po mozolnym poszukiwaniu odnaleźliśmy stanowisko Discover Airlines, które już zamykało się. Udało się jednak załatwić lot do Krakowa nazajutrz w południe oraz nocleg w przylotniskowym hotelu. Totalny chaos, biorąc pod uwagę wielkie renomowane lotnisko. Nasza myśl była w tym momencie: CPK w Polsce musi powstać jako realna konkurencja dla Frankfurtu.
Jako że komunikacja autobusowa już nie działała (była bowiem 22-ga), by dostać się do odległego o 3 km hotelu, trzeba było skorzystać z taksówki. Tu znów niespodzianka: kierowca nie mówił w żadnym "cywilizowanym języku" i wiózł nas do hotelu posiłkując się nawigacja GPS. W końcu dotarliśmy do hotelu, w którym po długotrwałych procedurach dostaliśmy pokój ok. północy. Najważniejsze, że można było choć trochę się przespać.

Rano, po hotelowym śniadaniu, tym razem już shuttle-busem udaliśmy się na lotnisko, które było zgoła inne niż wczoraj wieczorem: tym razem tłumne i gwarne. Wygenerowaliśmy karty pokładowe w automacie i tym razem bez problemów dotarliśmy do naszej bramki.


Odlecieliśmy planowo do Krakowa, do którego dolecieliśmy szybko.

Tak zakończyła się nasza kolejna wyprawa, podczas której rzuciliśmy "Oko na Maroko". 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marrakesz

Agadir