Agadir
Poranek był pochmurny. Przed śniadaniem poszliśmy przywitać się oceanem, który był wzburzony, a fale długimi jęzorami wgryzały się w plażę. Unosiła się bryza. W oddali wzgórze z twierdzą i jeszcze z podświetlonym napisem: Bóg-ojczyzna-król (w miarę przejaśniania się podświetlenie wyłączono).
Po śniadaniu wypogodziło się. Ludzie zaczęli zajmować leżaki nad hotelowym basenami. My jednak wybraliśmy się na spacer promenadą w kierunku miasta.
Szliśmy, mijając kolejne hotele. Słońca coraz bardziej doskwierało.
Miasto nie robiło specjalnego wrażenia. W większości były tam nowe budynki, postawione po trzęsieniu ziemi w 1960 roku wzdłuż prostopadle do siebie przebiegających szerokich ulic.
Uwagę naszą zrobiły maszty telekomunikacyjne w postaci imitacji wysokiej palmy.
Zobaczyliśmy główny meczet miasta,
a następnie udaliśmy się do Jardin du Portugal (Jardin Olhao). Przeszliśmy jego alejami przystawając na chwilę w pergolach wykonanych z ceramiki celem aromatoterapii. Przeważał zapach lawendy.
Dokonaliśmy jeszcze w mieście trochę zakupów (w sklepie monopolowym zakupione przez nas miejscowe piwo w puszkach zapakowano każde z osobna w papier gazetowy - rodzaj tutejszego kamuflarza) i wróciliśmy do hotelu. Dopiekało mocno.
Po lunchu był już tylko wypoczynek nad hotelowym basenem. Pod koniec dnia ponownie zachmurzyło się i zrobiło się chłodnawo. My ostatni dzień pełnego pobytu w Maroku spędziliśmy w formie all inclusive.




























Komentarze
Prześlij komentarz